Stefan – Patologiczny Optymista: w schronisku dla psów w sobotę byłem

12.12.2021 

W schronisku dla psów w sobotę byłem 

schronisku dla psów w sobotę (dwa tygodnie temu) byłem! Ponad 43 lata zajęło mi trafienie do takiego miejsca. A przecież wpis o początku historii naszego labradora Stefana – Patologicznego Optymisty zacząłem od słów: „Od zawsze chciałem mieć psa…” (cały wpis tutaj: https://blog.rafaldlugosz.pl/stefan-patologiczny-optymista-poczatek/). Czy to nie dziwne? Taki miłośnik psów, a w schronisku nie był?

Może i trochę dziwne, ale miałem pewne obawy związane z wizytą w tym miejscu. I właśnie dlatego pojechanie do schroniska nie było (że ujmę to eufemistycznie) na „liście moich priorytetowych spraw do załatwienia”. Czy te obawy się potwierdziły? Połowicznie… No, ale po kolei:

Pierwszy bliski mi pies

Pierwszym psem, z którym miałem okazję lepiej „się zakolegować” był Barni. Urodzony w 2005 roku syn wilczurki i „nieznanego ojca” Barni trafił do domu rodziców mojej żony Kasi. Choć planowo miał zamieszkać na terenie firmy mamy Kasi, Krystyny, to szybko okazało się, że tak się nie stanie. Pisząc „szybko” mam na myśli „naprawdę szybko” – jakieś 2 godziny od przybycia małego Barniego do mieszkania rodziców Kasi!

O Barnim będzie okazja opowiedzieć więcej w innych wpisach, ale dość powiedzieć, że kiedy dwa lata później wzięliśmy Stefana, to Barni z miejsca stał się jego najlepszym przyjacielemopiekunem nauczycielem. Śmialiśmy się wtedy, że Barni traktował Stefana jak swojego psiego synka. A Stefan wiedział, że może sobie pozwolić z Barnim na dużo, ale pewnych granic nie wolno mu przekraczać.

Barni był od Stefana dwa lata starszy, ale przeżył go o kolejne pięć. W przeciwieństwie do Stefana, który nie zdążył się zestarzeć i odszedł w sile wieku, Barni doświadczył wszystkich etapów życia: od głupkowatych lat szczenięcych, przez mickiewiczowską „młodość górną i durną”, aż po po ostatnie lata życia – dacie wiarę, że ten pies miał taki zwyczaj układania swoich zabawek na parapecie w kuchni? Lubił tam zresztą przesiadywać na przystawionym do parapetu krześle i przez okno przyglądać się światu. Zresztą to właśnie z tego powodu jedną z jego (wielu) ksywek była „Babcia-Sąsiadka”. No i właśnie w ostatnich latach życia, pewnego dnia Barni zabrał swoje wszystkie zabawki z parapetu i ułożył je na podłodze, obok posłania. Od tego dnia przestał też siadać na swoim krześle przy oknie. Wszyscy, łącznie z nim, zrozumieliśmy, że oto nieodwołalnie nadeszła starość.

Starość nie radość

Oczywiście widzieliśmy już wcześniej sygnały nadchodzącej starości. A to spacery na tej samej trasie zaczęły trwać znacząco dłużej, a to potrzebował znacznie więcej czasu na regenerację w ciągu dnia. A to wreszcie łapy zaczęły odmawiać posłuszeństwa, co skończyło się podjęciem trudnej decyzji w obliczu dylematu: „co dalej?”. Weterynarze stwierdzili, że nie widzą już sposobu ulżenia Barniemu w cierpieniu i proponowali rozważenie skrócenia jego cierpienia i uśpienie go.  

Wiedząc, jakie mogą być konsekwencje naszej decyzji, postanowiliśmy wspólnie, że podejmiemy na własną odpowiedzialność próbę postawienia Barniego na nogi (i dosłownie i w przenośni 🙂) za pomocą terapii sterydami. Szczegółów nie będę opisywać, bo każdy przypadek jest inny. To, co zadziałało u Barniego niekoniecznie zadziała (a może nawet zaszkodzić) u innego pieska. Gdyby jednak ktoś chciał poznać szczegóły, to proszę o kontakt bezpośredni.

Czytając ten tekst, możesz zapytać: „Miało być o schronisku, a tu historia Barniego i, trochę, Stefana. Gdzie to schronisko?”. I będziesz mieć rację – wstęp do naszej wizyty w schronisku jest rzeczywiście trochę przydługi. Daje on jednak kontekst niezbędny do zrozumienia pewnych zdarzeń, do których doszło podczas wizyty w tym miejscu. Stefana nie ma z nami już pięć lat. Barni dołączył do Stefana ponad pół roku temu. Stefan odszedł nagle, w przypadku Barniego mieliśmy czas, żeby się do tego przygotować. Ta chwila jednak nadeszła i w domu rodziców Kasi zrobiło się nagle niewyobrażalnie pusto. Minęło pół roku i któregoś dnia mama Kasi uznała, że chce przygarnąć pieska ze schroniska i zapewnić mu nowy dom.

Teraz mogę już przejść do szczegółów naszej wizyty w schronisku dla zwierząt:

Wizyta w schronisku dla psów 

W sobotę, 27 listopada 2021, pojechaliśmy na ulicę Ślazową we Wrocławiu. Było chwilę po dziesiątej, kiedy dojechaliśmy na miejsce. Celowo wybraliśmy sobotę, żeby móc w pełni skupić się na wizycie, żeby nie dzwoniły telefony i żeby pierwsze dwa dni nowego psiego domownika w domu rodziców Kasi były wolne od pracy. Pogoda nam dopisała. Było rześko, ale słonecznie! Idealny dzień na taką wyprawę.

Pojechaliśmy w trójkę: mama Kasi (jako główna zainteresowana), Kasia (jako głos doradczy i człowiek od wzbudzania emocji – od samego rana nakręcała atmosferę wielkiego święta i udało się jej), no i ja (jako głos doradczy i człowiek od tonowania emocji – jakaś przeciwwaga musi być!). 

Zbliżając się do schroniska widzieliśmy coraz mniej zabudowań, za to coraz więcej pól i wolnej przestrzeni. „Słusznie” – mówiliśmy do siebie – „szczekanie tylu psów mogłoby być uciążliwe dla sąsiadów”. Potwierdzenie tych słów przyszło bardzo szybko. Kiedy po zaparkowaniu samochodu na parkingu przed wejściem otworzyliśmy drzwi, zrozumieliśmy, że „uciążliwe” to bardzo delikatne słowo na opisanie tego rwetesu!

Weszliśmy do środka. Od razu podleciała do nas mały, starszy piesek, który (jak się później dowiedzieliśmy) jest „schroniskowym pupilem” i mieszka w schronisku na stałe. A jeśli chodzi o ludzi, to przywitała nas miła pani, która wyjaśniła, że najpierw poleca przejść się po terenie schroniska, zapisać numer boksów piesków, które nam się podobają i wrócić do biura. Wtedy ktoś z pracowników opowie nam coś więcej o tych psach i będziemy mogli pomyśleć. 

Mocne wrażenia 

Wyszliśmy z budynku i zaczęliśmy przechodzić alejkami. Po obu stronach alejki znajdują się boksy dla psów. Wiele boksów jest zajętych tylko przez jednego psa, ale są też takie, gdzie dwa, a nawet, trzy psy mieszkają razem i dotrzymują sobie towarzystwa. Każdy boks ma wymiary około 10 na 4 metry i jest wybetonowany. Na ziemi czasami leży posłanie, a czasami ładnie pomalowana, pełna paleta (żeby nie ciągnęło od betonu). Do wysokości jednego metra boksy są murowane, a powyżej oddzielone od siebie ogrodzeniem. Psy z sąsiednich boksów na pewno się zatem słyszą, ale już niekoniecznie widzą. Zdarzają się ciekawcy, którzy stają a tylnych łapach i zaglądają do boksu obok, ale zasadniczo każdy boks jest oddzielony od reszty. Dodatkowo, na końcu boksu widać drzwi, przez które pieski mogą wejść do murowanej części boksu. Być może ta część jest też ogrzewana, ale tego nie wiem – do środka mogą wejść tylko psy i ich opiekunowie / wolontariusze.

Kiedy tak szliśmy pierwszą alejką sprawdziły się moje obawy, o których pisałem na wstępie. Każdemu kroki przez alejkę towarzyszył nieustający łoskot szczekania. Szczekania cichego i niskiego, szczekania donośnego i wysokiego, szczekania nerwowego i odstraszającego „Czego tu? Tylko spróbujcie podejść! Nie dam się tknąć!”, i szczekania proszącego – „Hej! Jestem tutaj, zabierz mnie!”. Boksów w alejce jest około dziesięciu po jednej stronie, a wydawało się, że psów szczekających na nas / do nas było ze sto! 

Panował taki chaos, a w głowach mieliśmy taki mętlik, że ciężko było się skupić. Dziewczyny po krótkiej chwili miały łzy w oczach, a ja szedłem w milczeniu, całkowicie przytłoczony tym miejscem – to właśnie takich doświadczeń i okoliczności się obawiałem i nie ciągnęło mnie do schroniska. Moje obawy (i, w pewnym sensie, przewidywania) się sprawdziły! Przygnębieni przeszliśmy do kolejnych alejek, w których było więcej boksów niezamieszkanych i było trochę spokojniej. 

Była tam alejka z psami objętymi kwarantanną, które trafiły do schroniska kilka dni wcześniej. Tych psów nie można zabrać od razu, ale (jak się później dowiedzieliśmy) można się zapisać na adopcję, a pracownicy schroniska po kilku dniach wybierają, kto spośród chętnych będzie mógł zabrać psa do siebie. Często dzieje się tak w przypadku psów rasowych. Na kwarantannie był tam na przykład labrador Barry, który zapewne długo nie będzie czekać na nowy dom. Labradory to jedna z najpopularniejszych ras w Polsce i do schronisk trafiają raczej w wyniku splotu niefortunnych okoliczności, niż w wyniku porzucenia przez właściciela. A jeśli nawet tak się dzieje, to kolejka chętnych po labradora jest długa. Znając naszego Stefana, nie dziwię się temu. 

W bocznej alejce

Była tam również alejka ze znacznie mniejszym obłożeniem. Położona na uboczu, spokojniejsza. Pieski w tej alejce dalej szczekały, ale przez to, że było ich znacznie mniej, to nie nakręcały się nawzajem i było ciszej. 

W tej właśnie alejce w jednym boksie, po lewej stronie, siedziały razem dwa małe pieski – czarny i brązowawy. Ten drugi biegał po całym boksie poszczekując co chwilę, a czarny siedział jakiś metr od ogrodzenia i przypatrywał się nam z ciekawością. W sąsiednim boksie leżał znacznie większy brązowy pies, którego wzrok spotkał się z moim. Wydawał mi się zmęczony czekaniem i taki zrezygnowany. Mama Kasi mówiła wcześniej, że chce takiego nie za dużego psa, żeby mogła się z nim łatwiej poruszać (na przykład pociągiem do Wrocławia). Ten brązowy był duży, za duży, więc nawet nie zwracałem na niego uwagi dziewczyn. Cofnąłem się do poprzedniego boksu, przy którym dziewczyny dalej stały i rzuciłem lekko „Ten czarny fajny… taki nie za duży, ani nie za mały, i spokojny”. Kasia się zgodziła, a mama nic nie powiedziała. Pewnie cały czas walczyła z emocjami wzbudzonymi tym miejscem.

Trudny wybór

Po paru minutach wróciliśmy do biura schroniska z listą numerów boksów. Zapisaliśmy jakieś cztery numery, a mama Kasi dorzuciła jeszcze kilka imion psów, które widziała na stronie internetowej schroniska przed przyjazdem. Boksu z tym małym czarnym psem nie zapisaliśmy, ale przezornie zachowałem go sobie w pamięci.

Zaczęliśmy wymieniać numery i szybko okazało się, że z wyborem może być ciężko.1.  – Ten to pies myśliwski, najlepiej czuje się na spacerach po lesie.- A, to nawet się dobrze składa, mam las pod nosem.- O, proszę pani. Te spacery to muszą być wielogodzinne – odradzam.

2.- Ten to wrócił do nas już trzy razy, właściciele nie dają sobie rady – odradzam.

3. – Ten to amstaff, bardzo groźny – odradzam.

I tak z każdym, po kolei. Lista została wyczerpana, zapadła taka niezręczna cisza.

 4. Od niechcenia rzuciłem: „A ten mały czarny, z bocznej alejki. Siedzi tam z takim brązowawym?”- A, to suczka Tina. Grzeczna, 10 lat.- Oj, to za dużo. Ja, proszę pani, niedawno pożegnałam mojego Barniego, miał 16 lat. Nie chciałabym za chwilę znów przez to przechodzić.- No to odradzam. Właściwie to może jedźcie do domu, skoro nie jesteście na żadnego zdecydowani.- To nie tak! Dzielę się z panią wątpliwościami i proszę o pomoc w dokonaniu dobrego wyboru. Tak samo jak pani dzieli się ze mną swoimi wątpliwościami na temat piesków, o które pytam.- Dobrze, proszę przejść jeszcze raz. Teraz powinno być spokojniej. Psy były podekscytowane waszym pojawieniem się i dodatkowo zbiegło się to z przyjściem wolontariuszy, którzy zabierają je na spacery.

Drugie podejście

Wyszliśmy z biura. Idąc w kierunku alejek z psami, uspokajaliśmy nerwy. Udało mi się to jako pierwszemu:- Słuchajcie. – powiedziałem – Też nie podobał mi się sposób prowadzenia rozmowy przez tę panią, ale to jej praca. Zobaczcie na przykład tego drugiego psa – ludzie go brali, a potem oddawali, bo było trudno. Bo sobie nie radzili, bo nie był „bezobsługowy”. Ta pani pewnie widzi takie rzeczy bardzo często i musiała stworzyć taki pancerz ochronny (dla siebie i dla zwierząt), bo widząc to na co dzień serce się kraje.

Mówiąc to nawet nie przypuszczałem, jak szybko moje słowa się potwierdzą, ale o tym za chwilę.

Nasze drugie przejście alejkami schroniska rzeczywiście było znacznie spokojniejsze. My wiedzieliśmy już, czego się spodziewać, a psy też się uspokoiły. Oczywiście tu i ówdzie dało się słyszeć szczekanie, ale tym razem mogliśmy przyjrzeć się lokatorom schroniska z większym spokojem.

Kiedy pierwsze emocje już opadły, zaczęliśmy zauważać, że zachowania psów różnią się od siebie. Był na przykład jeden, który wskakiwał bez przerwy na murek oddzielający od siebie dwa boksy, chwilę stał na tym wąskim kawałku po swojej stronie przyciśnięty do ogrodzenia, by za chwilę zeskoczyć i zaraz ponownie wybić się w górę. Inny biegał bezustannie między ogrodzeniem, przy którym staliśmy a murowaną częścią boksu. Jeszcze inny leżał na drewnianej palecie, kompletnie nie zwracając na nas uwagi.

Oswajamy się z tym miejscem

A my tymczasem zaczęliśmy zauważać, że na niektórych boksach były wywieszone tabliczki z opisami lokatorów tych boksów. Szkoda, że nie na wszystkich! Moglibyśmy od razu dowiedzieć się czegoś więcej o psach, których losy zostały powiązane z tym miejscem. Łatwiej byłoby też dopytać o szczegóły w biurze. Wiem, być może to dodatkowa praca do wykonania, ale przecież większość tych zwierzaków ma swoją podstronę na stronie schroniska: https://www.schroniskowroclaw.pl/ i nawet krótki opis skopiowany ze strony mógłby wiele dać.  Ja, na przykład, nie wchodziłem na stronę wcześniej, żeby nie ograniczać sobie możliwości wyboru do „faworytów z internetu”. Inne powody takiej kolejności (najpierw doświadczenie czegoś, a potem szperanie w internecie na ten temat) wyjaśniałem na początku tego wpisu: https://blog.rafaldlugosz.pl/wroclawska-gastronomiczna-podroz-sentymentalna-epilog/

Garść ciekawostek o wrocławskim schronisku dla psów 

Skoro już mowa o stronie schroniska, to rozwinę nieco ten wątek, zanim przejdę do zakończenia tej historii z wyborem psa:

– Z podstrony: https://www.schroniskowroclaw.pl/historia dowiedziałem się, że schronisko dla bezdomnych zwierząt we Wrocławiu powstało w 1962 roku, a jednym z jego pierwszych lekarzy był (zmarły niedawno) Antoni Gucwiński. W 2010 roku schronisko zostało przeniesione z ulicy Skarbowców na Ślazową 2, gdzie przyjechaliśmy w tę listopadową sobotę. Na tej podstronie zobaczysz również zdjęcia z obu lokalizacji. Możesz porównać, czy mój opis z początku wpisu odpowiada zdjęciom (opisywałem z pamięci, dopiero później odwiedziłem stronę).

– Z podstrony: https://www.schroniskowroclaw.pl/rezydenci dowiedziałem się, że ten „schroniskowy pupil” mieszkający w schronisku na stałe od 2015 roku nazywa się Gasz i nie było w tym nic dziwnego, że i od nas domagał się głaskania, bo na tej stronie przecież wyraźnie napisano: „Zazwyczaj spaceruje samodzielnie po schronisku i domaga się głaskania”.

– Na stronie Schroniska jest również zakładka „Kampanie“. Początkowo chciałem wybrać jedną czy dwie, ale jestem zdania, że każda z nich zasługuje na rozpropagowanie – naprawdę warto i czekam na kolejne! Przekonajcie się sami:

1. https://www.schroniskowroclaw.pl/mydoroslepsy „My, dorosłe psy” to nagrodzony w konkursie Kampania Społeczna 2016 filmik o dorosłych, starszych psach, które na filmie „wypowiadają się” słowami żywcem wziętymi z ogłoszeń matrymonialnych albo „dialogów randkowych”. Ten film ma już pięć lat. Dla psa to często połowa życia, a przynajmniej znaczna jego część. Możliwe, że wielu jego bohaterów już nie żyje. Wcześniej jednak większość z nich znalazła nowy dom na ostatnie lata życia. Do Schroniska cały czas trafiają młodsi koledzy „Czako”, „Krecika”, „Szajby”, „Miśka”, „Salwii” i innych bohaterów tego spotu.

2. https://www.schroniskowroclaw.pl/drugapolowka podobno psy upodabniają się do swoich właścicieli. Podobno działa to też w drugą stronę. Nie chodzi tylko o wygląd, ale też o zachowania i postawę ciała. Sami widzieliśmy na swoich przykładach, że to prawda. W kampanii „Druga Połówka” to uderzające podobieństwo widać na zdjęciach adoptowanych psów i ich nowych „przewodników stada”, czyli właścicieli.

3. https://www.schroniskowroclaw.pl/superbohater rok po sukcesie kampanii „My, dorosłe psy” powstał kolejny spot propagujący ideę przygarniania zwierząt z przytulisk. „Ty też możesz zostać superbohaterem” podobnie jak pan Arkadiusz Nowicki – człowiek z krwi i kości. Pan Arkadiusz właśnie takim superbohaterem stał się dla Dropsa, który parokrotnie wracał do schroniska, bo jego nowi właściciele nie mogli sobie z nim poradzić (właśnie o takich sytuacjach opowiadała nam pani z biura Schroniska w dialogu nr 2 powyżej). Przy panu Arkadiuszu i jemu podobnym inni (filmowi i komiksowi) superbohaterowie mogą się chować!

4. https://www.schroniskowroclaw.pl/niewidzialni „Niewidzialni” to psy, który nie widać! O nich też pisałem powyżej. To psy, które z różnych powodów „nie potrafią się sprzedać”. To psy, które w schronisku zabawiły na dłużej. Nie przykuwają uwagi ludzi chętnych do adopcji, a może czasami nawet ich trochę odstraszają. Ich zdjęcia można zobaczyć na tej stronie, a całą kampanię razem z opisami na FB: https://www.facebook.com/schronisko.wroclaw/photos/?tab=album&album_id=1546708725365093 Być może tym psiakom, a na pewno nam, ludziom, przydałaby się lektura krótkiej książeczki o pozytywnym podejściu do życia pod tytułem „Pozytywny pies“. Jej autorem jest Jon Gordon (dla mnie brzmi trochę podobnie do Johna Grogana, autora „Marley i ja” o życiu Grogana z wielkim, biszkoptowym labradowem Marley’em). Raz na jakiś czas przypominam sobie „Pozytywnego psa” w wersji audio (niecałe 2 godzinki), bo pozwala (z powrotem) nabrać odpowiedniego, pozytywnego podejścia do życia. 

5. https://www.schroniskowroclaw.pl/quotze-schronu-do-domuquot „Ze schronu do domu” to, na razie ostatnia kampania, opublikowana na stronie (czekam na następne). Autorzy raz jeszcze skupili się na starszych psach, które pozowały w sesji zdjęciowej z modelkami z wrocławskiej agencji WOmanagement. Zabawa była przednia, a efekty widać na zdjęciach! 

Jmam swojego faworyta na najlepszą kampanię, ale najpierw chciałbym poznać Twojego! To co? „Którą bramkę wybierasz?” 🙂

Zanim przejdę do zakończenia historii z wyborem psa, chcę jeszcze zwrócić uwagę na nadzwyczaj sensowne podejście schroniska w Gdańsku i w Bełchatowie do adopcji zwierzaków w okresie świątecznym. Jakie to podejście? Bardzo proste: w okresie świątecznym adopcja zwierząt jest wstrzymana, bo zwierzęta to nie zabawka! Więcej na ten temat tutaj: https://tvn24.pl/pomorze/gdansk-schronisko-wstrzymuje-adopcje-w-obawie-przed-nietrafionym-prezentem-zwierze-to-nie-zabawka-5517840

Na ten sam temat wypowiedział się kilka lat temu Sylwester Wardęga. Mocne! Zobacz tu: https://www.facebook.com/watch/?v=461839494751494 A takich Brunonów jak ten z filmu jest więcej. 

Zakończenie historii z wyborem psa

Przeszliśmy się raz jeszcze alejkami. Krystynie trudno było się zdecydować, w końcu wszystkie wybrane przez nią wstępnie psy z jakiegoś powodu nie były dla niej dobrym wyborem. Podeszliśmy raz jeszcze do boksu z Tiną i jej kolegą. A Tina jakby dopiero co skończyła lekturę „Pozytywnego psa“, o którym wspomniałem powyżej: siadła, spokojnie wpatrywała się w naszą trójkę, ale najbardziej w Krystynę. Chyba wiedziała, kogo musi do siebie przekonać! I nagle zaczęła dawać łapę, raz jedną, raz drugą. Ewidentnie przekazywała wiadomość, jak Osioł w Shreku: „WYBIERZ MNIE!

My z Kasią spojrzeliśmy na siebie i wiedzieliśmy. A Kasia po chwili stwierdziła:

– Mamo, bierz ją. Jest grzeczna, kontaktowa, nie za duża. Będzie wam razem dobrze.- Ale ten wiek…- To nie Barni, dla mniejszych piesków lata liczą się inaczej. A poza tym, ona nie wygląda na 10 lat, maks na 8 :)- Ok, weźmy ją na spacer i zobaczymy.

Raz jeszcze wróciliśmy do biura i powiedzieliśmy, że chcemy przejść się z Tiną. Mieliśmy ze sobą smycz, Tina miała obróżkę, więc jeden z wolontariuszy wszedł do boksu, zapiął smycz i podał ją nam, życząc udanego spacerku.

Krystyna z Tiną ruszyły pierwsze, a my z Kasią za nimi. Od razu było widać, że „zatrybiło“. Nie wiem, czy minęły trzy minuty, gdy Krystyna powiedziała:

– możemy iść do biura i jedziemy do domu!

Nie zrobiliśmy tego jednak od razu. Smycz najpierw przejęła Kasia, potem ja. Pobiegaliśmy, poświrowaliśmy. Było siku, była kupa (na placu oczywiście są dostępne worki i kosz na odchody), więc teraz rzeczywiście mogliśmy iść do biura i jechać do domu!

Kiedy weszliśmy do środka, Krystyna już na progu oznajmiła:

– Zabieram ją ze sobą!

W zdaniu tym było tyle niezachwianej pewności, że pani z biura Schroniska powiedziała tylko:

– Dobrze, tylko proszę chwilę zaczekać, bo rozmawiam teraz z panem.

Nie wyszliśmy z biura, więc byliśmy świadkami tej rozmowy. Rozmowy, która stanowiła potwierdzenie tego, że praca w schronisku czasami wymaga twardszego podejścia i, wręcz, zniechęcania ludzi do adopcji zwierzaka (a tak właśnie odebraliśmy naszą pierwszą rozmowę w biurze).

Pan, z którym rozmawiała pani z biura Schroniska przyszedł bowiem zwrócić kota. Dwa tygodnie wcześniej wziął go ze schroniska, ale „kot nie dogaduje się z jednym z domowników i muszę go oddać“, powiedział. Pani nie dyskutowała za bardzo, nie oceniała. Przyjęła kota z powrotem i mogliśmy już zająć się formalnościami związanymi z Tiną. 

Przy wypełnianiu dokumentów zaczęliśmy zadawać pytania, które wskazywały, że wiemy, „z czym to się je”. Opowiadaliśmy o Stefanie, o Barnim i początkowa nieufność chyba została przełamana. Pani opowiedziała, że wszystkie zwierzęta oddawane do adopcji są sterylizowane. Tina też przeszła zabieg sterylizacji, kilka dni wcześniej. Szwy powinny się niebawem rozpuścić, a gdyby coś się działo, to mamy dzwonić i przyjeżdżać – leczenie jest darmowe. Dowiedzieliśmy się też, że Tina (jak została nazwana przez pracowników Schroniska) trafiła na Ślazową miesiąc wcześniej. Nie jest znana jej historia. Stwierdziliśmy, że nie wydaje nam się, że ma 10 lat, dla nas oficjalnie została ośmiolatką i tak liczymy jej wiek!

Stałem w tym czasie z Tiną obok, a ona ciekawie obwąchiwała całe biuro. W pewnym momencie podeszła do pani wolontariuszki, która szukała czegoś w szafce przy podłodze.

– No, cześć Tina, cześć! Ale wiesz – trochę śmierdzisz, bardzo!

Poczuliśmy to wtedy też, ale teraz, po ponad dwóch tygodniach, Tina już nie śmierdzi „bardzo”. „Trochę” może tak – jak to pies!

Pozostało tylko wnieść opłatę adopcyjną – 35 złotych na rzecz Schroniska i ruszyć w drogę do nowego domu, do Lubawki.

Do nowego domu!

Imię nowego domownika od razu skojarzyło nam się z Tiną Turner i przez połowę drogi podśpiewywaliśmy sobie piosenkę Tiny Turner z Davidem Bowie: „Tonight”, a szczególnie dwa wersy (z lekko dostosowanym do okoliczności tłumaczeniem):

Everything gonna be alright tonight – Dziś wszystko będzie dobrze

I will love you till I reach the end – Będę cię kochać do samego końca 

Z piosenką na ustach i Tiną na tylnym siedzeniu pojechaliśmy do jej nowego domu.

Podobna?

Kiedy ruszając rozesłałem zdjęcie Tiny w kilka miejsc, jako jedna z pierwszych odpisała moja mama: „Podobna do Barniego czy tylko tak na zdjęciu wygląda?”. Rzeczywiście Tina z wyglądu przypomina Barniego. Żadne z nas nie zwróciło na to wcześniej uwagi! Oczywiście Tina jest znacznie drobniejsza, waży około 11 kilogramów (a Barni ważył ponad trzydzieści), ale rzeczywiście teraz widzimy, że to taka trochę miniaturka Barniego.

Czyż nie?

Minęły pierwsze dwa tygodnie. Pani poznaje Tinę, Tina poznaje Panią. Spędzają razem dużo czasu, w domu, w pracy, na spacerkach. Pracownicy schroniska nie znali historii Tiny i okazało się, że trochę jej nie docenili. Myślę, że gdyby wiedzieli o niej to, co my wiemy już teraz, to dialog nr 1 opisany powyżej również mógłby dotyczyć Tiny. Ona wprost uwielbia być w ruchu, nie można się z nią nudzić.

A najlepiej obrazuje to zdjęcie poglądowe ze spaceru (nie, to nie jest efekt rozmycia zastosowany w aparacie!) 🙂

W sobotę, 11 grudnia 2021, równo po dwóch tygodniach od wizyty w schronisku i wejściu Tiny do naszego życia właściwie wszyscy stwierdziliśmy, że wszystko poszło jak po sznurku. Dostała nawet dodatkowe imię/przezwisko: „Wesoły Romek” (jak jeden z bohaterów drugiego planu z filmu „Miś” – kilka scen z udziałem Wesołego Romka w tym filmie można zobaczyć tu: https://www.youtube.com/watch?v=3A7FUOVMpbs).

Niespodziewany telefon, złe wieści

Ale kiedy w niedzielę rano, 12 grudnia 2021, tuż po ósmej zadzwonił telefon i w słuchawce usłyszeliśmy głos mamy Kasi płaczącej, że „Tina przestała chodzić! Wczoraj wieczorem byłyśmy jeszcze na spacerze, a dziś rano nie mogła wstać z łóżka! Co teraz będzie? Nie mogę jej stracić! Musimy jechać do weterynarza. Jej tylne łapki odmówiły posłuszeństwa!

Co było dalej? Dowiesz się w następnym odcinku, już niedługo! Po prostu kliknij na link do zakończenia: https://blog.rafaldlugosz.pl/stefan-patologiczny-optymista-w-schronisku-dla-psow-w-sobote-bylem-zakonczenie/

A o tym jak to się wszystko ze Stefanem zaczęło tak: https://blog.rafaldlugosz.pl/stefan-patologiczny-optymista-poczatek/

O Stefanie tuż po jego śmierci napisałem tak:https://blog.rafaldlugosz.pl/stefan-patologiczny-optymista-czas-pozegnania/

A po pięciu latach od jego śmierci tak:https://blog.rafaldlugosz.pl/stefan-patologiczny-optymista-to-juz-piec-lat/

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *